SALON SUKIEN ŚLUBNYCH ANNA KATOWICE. Salon sukien ślubnych ANNA KARA ma w swojej ofercie wyjątkowe modele szyte ręcznie w krakowskim atelier projektantki. Obserwujesz już 300 wyszukiwań. Suknie ślubne - niepowtarzalne wzory mody ślubnej dostępne w autorskiej galerii Anny Kary przy ulPiłsudskiego 8 Kraków oraz ul.
Adres: 02-636 Warszawa, ul. Olimpijska 25. Atutem salonu Suknie Boho – oprócz pięknych sukien ślubnych – jest fakt, że klientka, która przyjedzie do salonu rano, wieczorem może wyjechać z niego z gotową suknią, bo jak mówi właścicielka: Twoja suknia będzie uszyta dla Ciebie razem z Tobą, na Tobie i w Twojej obecności.
👰 https://youtu.be/xKW2ixaarOc👰 Oglądaj "Salon sukien ślubnych: Polska" w środy o 22:25 w TVN Style i w Playerze: https://player.pl/playerplus/programy-onl
Wybór sukni to nie lada wyzwanie i z całego serca chcemy, żeby całość odbywała się w przyjemnej i spokojnej atmosferze, żeby tak było pamiętaj o kilku istotnych sprawach: po pierwsze, na każdą wizytę w salonie sukien ślubnych, która będzie odbywała się w tygodniu, należy się umówić. Jeśli wejdziesz z marszu do salonu
Jak otworzyć salon sukni ślubnych? Salon sukni ślubnych może otworzyć każdy, wystarczy mieć zarejestrowaną działalność gospodarczą. Jednak trudno sobie wyobrazić prowadzenie salonu ślubnego przez osobę, która zupełnie nie zna się na modzie, nie interesuje się nią, ani nie śledzi trendów ślubnych i weselnych.
Suknie ślubne i kreacje wieczorowe szyte specjalnie dla Ciebie! Fanfaronada to marka prowadzona przez projektantkę Darię Salamon już od 18 lat! Nasze atelier mieści się w jednej z piękniejszych dzielnic Szczecina, naprzeciwko jeziora Rusałka przy Parku Kasprowicza. W ofercie znajdziecie wyłącznie autorskie projekty Darii, takie jak
. Nie oglądam telewizji, a jeśli oglądam, to tylko po to, żeby zobaczyć Say Yes to the Dress. Z jakiegoś powodu ten przesłodzony, głupiutki program o amerykańskich pannach młodych szukających swoich idealnych sukni zawsze mnie niesamowicie ekscytuje. Nie mogę uwierzyć, że w tej sytuacji nie wpadło mi od razu do głowy zaproszenie do Zawodowych Dziewczyn kogoś, kto pracuje w salonie sukni ślubnych. Na szczęście napisała do mnie Basia Kwinta, stylistka ślubna i menadżerka rodzinnego salonu. Jak tylko przeczytałam maila (i w trzy sekundy wysłałam w odpowiedzi entuzjastyczne TAK!), od razu wiedziałam, że to będzie fajne spotkanie. Ale jak już dotarłam do Wieliczki, zakochałam się totalnie – w opanowanej i kompetentej Basi, w szarlotce upieczonej przez jej mamę, w subtelnej, eleganckiej atmosferze salonu i przepięknych sukniach. Sabe to salon bardzo w stylu slow – wszystkie suknie projektuje mama Basi, szyje je na miejscu zespół pań krawcowych. Działanie tej całej machiny jest fascynujące, ale w naszej rozmowie skupiłyśmy się na fachu stylistki ślubnej, czyli osoby, która obsługuje klientki. Jeśli więc marzycie o pracy wśród tiulów, koronek i tasiemek, chciałybyście pomagać dziewczynom znaleźć tę jedną jedyną suknię, albo po prostu ciekawi Was, jak to wszystko wygląda od kuchni, zapraszam do lektury! Basia ma ogromną wiedzę i fascynująco opowiada, więc tym bardziej polecam. Czym właściwie zajmuje się stylistka ślubna w salonie? Dobre pytanie! Bardzo często dziewczyny marzą o zawodzie stylistki ślubnej, chcą podawać sukienki, jak panie w telewizji, a nie wiedzą z czym to się tak naprawdę wiąże. To zawód podobny do “zwykłej” stylistki, ale ukierunkowany na sukienki i dobór dodatków. Stylistka ślubna musi znać się na fasonach, dekoltach, proporcjach, musi wiedzieć, jak kolory ze sobą grają – nawet mimo tego, że suknie ślubne to głównie śmietanka i biel. Musi umieć sprawić, żeby panna młoda wyglądała jak najkorzystniej, ale zrobić to tak, żeby dziewczynie faktycznie się to podobało i żeby dobrze się w tym czuła. To częsty problem tradycyjnych stylistek – ubierają klientkę tak jak im się podoba. Może i profesjonalnie, ale co z tego, jeśli dziewczyna czuję się sztucznie? Co w takim razie robisz, kiedy dziewczyna upiera się przy sukni, która ewidentnie nie jest korzystna dla jej figury czy typu urody? Najlepiej, jak ktoś sam się przekona. Bardzo nie lubię podejścia typu “niech Pani nawet tego nie mierzy, bo to na pewno nie jest dla Pani!”. W 90% przypadków klientka sama dochodzi do wniosku, że to jednak nie suknia dla niej, mimo że to właśnie taki fason sobie wymyśliła. Szczególnie kiedy zejdzie z podestu w przymierzalni i zobaczy, że suknia rzeczywiście skraca jej nogi czy robi inne tego typu rzeczy. Ale zdarza się też tak, że klientka ma silną wizję konkretnego typu sukienki, mimo że wie że to nie najlepsza opcja dla niej. I wtedy trzeba to jakoś wypośrodkować, żeby wyglądała możliwie najlepiej. Nie może być tak, że dziewczyna, która uwielbia błyskotki, idzie do ślubu w całkowicie matowej sukience, bo my tak zdecydowałyśmy. Tak nie można zrobić. Trzeba coś wymyślić, zaproponować jakieś nowe rozwiązanie, może podsunąć błyszczącą biżuterię? Nie można iść na łatwiznę. Każda dziewczyna jest inna i każdą trzeba poznać, i to właśnie jest fajne w tej pracy. Nie można działać na prostym schemacie typu “jest Pani gruszką, wrzucamy wymiary do maszyny i wychodzi nam że dla Pani to ten i tylko ten model”. Niestety często tak się w salonach zdarza, klientki nam potem o tym opowiadają. No właśnie, naczytałam się na forach, że wizyta w salonie ślubnym bywa stresującym doświadczeniem – niemiłe panie, wciskanie w niepasujące sukienki i tak dalej. Jak nauczyć się być dobrą stylistką ślubną? Niestety nie da się tego dowiedzieć z książki. Dlatego najlepszą drogą jest zatrudnienie się do pomocy w salonie ślubnym na kilka miesięcy, choćby na bezpłatny staż. Najlepiej go szukać w wakacje, wtedy w salonach jest największy ruch. Dopiero wtedy zaczyna się łapać o co w tym wszystkim chodzi i jak to się dzieje, że panna młoda, niezależnie od rozmiaru, nagle odkrywa u siebie talię, ładny dekolt i w końcu widzi w sobie kobietę. Ja jestem w tym od dziecka, ale mamy też panie, które świetnie obsługują klientki, bo przyszły do pracy i po prostu chciały się tego nauczyć. Można wcześniej uczyć się na “zwykłą” stylistkę, można pracować w sklepie, ale to może też być dziewczyna od razu po liceum czy innej szkole, musi tylko znaleźć sobie dobry salon i przez parę miesięcy pomagać, obserwować, uczyć się. Również po to, żeby sama się przekonała, czy naprawdę się jej ten świat podoba, czy nie odbiega od jej wyobrażeń. Przykładowo – dziewczyny są często zdziwione, że to praca, która wymaga choćby podstaw kroju i szycia. Nie trzeba być krawcową, ale trzeba mieć pojęcie o tym, jak sukienka jest skrojona, co można łatwo zmienić. Klientki często pytają, czy mogą wyciąć tył czy dorobić tren i nie można wtedy tego nie wiedzieć. Zdziwienie często budzi też fakt, że w salonie ślubnym trzeba też posprzątać! A jakie inne mylne wyobrażenia o tym zawodzie pokutują? Ostatnio szukałyśmy nowej pani i w sumie przewinęło się nam kilkanaście osób. I bardzo często słyszałyśmy, że ktoś chce sobie w salonie odpocząć albo poprzymierzać sukienki, poprzechadzać się między manekinami, napić się kawy z klientką. Oczywiście, przymierzyć też czasem trzeba – ja też to robię i to nie dlatego, że jestem jakąś maniaczką, ale zwyczajnie potrzebuję wiedzieć, czy sukienka jest wygodna, czy nie gryzie. To jednak bardzo mały wycinek tego, czym musisz się zajmować i co musisz wiedzieć. Dziewczynom się wydaje, że to taka praca, która nie męczy. A tu trzeba się i nachodzić, i napodnosić. Czasem trzeba coś szybko przenieść, manekina czy materiał, więc naprawdę można się w ciągu dnia nabiegać. Do tego zawsze musi być porządek, suknie nie mogą leżeć porozwalane, trzeba je pięknie pozapinać. Pilnować, czy coś się nie odpruwa, czy nie odstaje jakaś nitka. No i jeszcze jedno – w wakacje nie ma wakacji. Sezon ślubny trwa od czerwca do września. Mało który salon daje wtedy dwa tygodnie urlopu, dlatego lepiej nastawić się na wakacje w listopadzie. Na co zwracacie uwagę, kiedy przyjmujecie kogoś do pomocy? Przede wszystkim patrzymy na to, czy dziewczyna chce pracować. Dużo mniej obchodzi nas papier czy nawet umiejętności niż to, czy ktoś rzeczywiście jest chętny. I nie chodzi o takie marzycielskie wyobrażenie tej pracy, tylko czy ktoś faktycznie chce zobaczyć, jak to wygląda, czy się interesuje, potrafi nauczyć się nazw sukienek. I zwykle po paru dniach już widać, czy taka osoba się nadaje, czy nie. Czasem się śmiejemy z mamą, że patrzymy na to, czy ktoś potrafi szybko chodzić. Jak ktoś idzie powoli, to często nam się później sprawdza, że niestety nie będzie sobie radzić. Bo są momenty odpoczynku, są chwile, kiedy się śmiejemy, ale są i chwile, kiedy trzeba się skupić i ogarnąć wiele rzeczy na raz, zapanować nad chaosem. A czy bywa tak, że ktoś się bardzo stara, ale zwyczajnie brakuje mu talentu? Tak. Miałyśmy w tym sezonie dziewczynę, która strasznie chciała i strasznie mi jej było szkoda, ale nie miała zupełnie zdolności manualnych. Ja też absolutnie nie jestem jakimś wybitnym talentem, ale trzeba mieć pojęcie o tym, jak trzymać igłę i nitkę, bo to też pokazuje klientce, że jest w dobrych rękach. Dlatego warto sobie poćwiczyć w domu, wziąć kawałek szmatki i poprzyszywać do niej równo rząd guziczków. Trzeba mieć też swego rodzaju zmysł w palcach, wyczucie – żeby na przykład nie założyć sukni za wysoko albo za nisko. Częściowo można to wyćwiczyć, ale częściowo trzeba mieć to w sobie. Stylistka musi też umieć zauważyć, że jak skróci trochę rękawek, to dłoń nagle wyda się zgrabniejsza, ramię smuklejsze. Potrafić pokazać klientce, że po zmianie paska na węższy o kilka centymentrów talia wydaje się mniejsza, a wcześniej wyglądała topornie. Dlatego jeśli ktoś szył, albo nawet malował, choćby i w podstawówce, to to się później przydaje. I udało Wam się kogoś w końcu zatrudnić? Tak, jak już straciłyśmy nadzieję! I chyba nie miałyśmy jeszcze pani, która tak szybko by się wszystkiego nauczyła. To dziewczyna, która pracowała wcześniej w sklepach odzieżowych – nie jest jakąś mega krawcową, ale ma podejście do ludzi i widać, że bardzo chce tutaj być. Po prostu widziałam to w jej oczach, już po kilku dniach. Mogła przyjść wcześniej, mogła zostać dłużej, i to nie dlatego, że my od niej tego wymagaliśmy, tylko że sama chciała. I to jest chyba taka uniwersalna zasada, w każdym zawodzie. Żeby chcieć, i chcieć tak naprawdę – ze wszystkimi trudniejszymi rzeczami, nie tylko tak, jak to sobie w głowie wymyśliliśmy. W salonach sukni ślubnych pracują tylko kobiety? W naszym tak, ale nie mamy nic przeciwko temu, żeby pracował facet! Kiedyś nawet zgłosił się do nas młody chłopak, ale ostatecznie został projektantem – czyli poszedł w zupełnie inną stronę, myślę że nie czułby się u nas szczęśliwy, nosząc manekiny. Myślę, że paniom młodym by to w ogóle nie przeszkadzało, czasem mamy nawet wrażenie, że część z nich nie ufa na początku innej kobiecie. Bo myślą, że nie chce, żeby wyglądała ładnie? Tak, to zresztą częsty problem – nawet w sklepach odzieżowych patrzymy na podchodzące ekspedientki nieufnie. Bo może ta pani wcale nie chce dla nas dobrze? Może swoją sukienkę miała najładniejszą i teraz nie chce nikomu nic dobrego podpowiedzieć? Co musi umieć dobra stylistka ślubna? Musi się interesować modą. Nie trzeba być jakąś totalną fashion victim, ale dobrze jest się interesować trendami, niekoniecznie tylko ślubnymi. Warto jest podpatrywać tendencje w “zwykłej” modzie, bo można to później ciekawie wykorzystać przy sukniach ślubnych, no i człowiek nie zamyka się tylko na te pięć fasonów. Z typowo ślubnych źródeł warto znać polski magazyn “Wedding” czy najpopularniejszy amerykański “Brides”, mają też dobrą stronę internetową. Tylko nie trzeba brać wszystkiego bezkrytycznie, bo tam wszystko jest takie polukrowane, jak w “Say Yes to The Dress”. Ja bardzo lubię francuski “Vogue”, jest bardziej wyluzowany. Mają też świetną stronę internetową, gdzie w zakładce ślubnej można poczytać o historii sukienek. Potem może to zaowocować w rozmowie z klientką – widziałaś coś na starym zdjęciu i stwierdzasz, że idealnie by pasowało. Musi być też dobrą obserwatorką. Ja czasem na ulicy widzę, w czym mijanej kobiecie byłoby dobrze. I musi być cierpliwa, umieć pracować z ludźmi – niezależnie od tego, czy potrzebuje się potem po pracy wyciszyć, czy bycie wśród ludzi dodaje jej energii. Czasem klientka potrafi wybierać sukienkę trzy godziny. I nieważne, czy jesteś zmęczona, czy właśnie się z kimś pokłóciłaś albo bolą Cię nogi (przy okazji – trzeba mieć wygodne buty!) – musisz poświęcić jej czas i zawsze pamiętać, że ona przyszła tu pierwszy raz i pierwszy raz wybiera sukienkę. To nie jest zakup nowych dżinsów! Więc nawet jak masz najgorszy humor świata, to nie możesz tego po sobie pokazać. Trzeba być opanowanym i empatycznym. Ja zawsze staram się podchodzić do klientek trochę jak koleżanka, nie stwarzać dystansu typu “ja tu jestem wielka pani i powiem Ci, w czym masz iść do ślubu”. Jak wygląda typowy dzień pracy stylistki? Zaczyna się dość wcześnie. My otwieramy o 9, trzeba być pół godziny wcześniej. U nas – i myślę, że w większości salonów jest podobnie – dzień zaczyna się organizacją pracy. Spotyka się cały zespół, patrzymy w terminarz i sprawdzamy, co mamy na dany dzień, czy na przykład klientka, która jest umówiona, była już u nas wcześniej. Czyli trzeba się umawiać, nie wchodzi się z ulicy? Przychodzą też klientki z ulicy i staramy się być na nie otwarci, ale to bardzo porządkuje pracę, jeśli wiesz kto o której godzinie przychodzi. Dlatego co rano się spotykamy i wszystko ustalamy – wiele rzeczy często się później zmienia, ale dobrze mieć wstępne ramy, Potem dobrze jest sobie zrobić jakąś kawę, żeby postawić się na nogi i pozytywnie nastroić na cały dzień. A o 9 zaczynają przychodzić klientki. Poświęca się klientce tyle czasu, ile potrzebuje. Przynosisz sukienki, doradzasz, dobierasz dodatki – jeśli to pierwsza przymiarka. Bo później są jeszcze drugie i trzecie, jeśli ktoś już się zdecyduje na dany model. I pomagasz też włożyć sukienkę? Bo to chyba dość skomplikowane? Tak, chyba że masz do pomocy osobę, która się uczy. Wtedy ona pomaga zakładać sukienkę, a Ty proponujesz kolejne fasony. Bo nie tylko klientka wybiera sukienki. Jest bardzo różnie. Niektóre klientki oczekują od Ciebie, że to Ty im wskażesz wszystkie pasujące modele, a one nie będą się angażować, bo ufają, że znasz się na tym najlepiej. Ale najczęściej jest tak, że panie wybierają sobie kilka sukienek, które im się podobają, a Ty możesz im delikatnie zasugerować: “ja bym Panią jeszcze widziała w tym”. Większość klientek jest na to otwarta, bo przecież co im szkodzi założyć jeszcze tę suknię. Najwyżej będziemy szybko ściągać, jak się nie spodoba. Później donosi się jeszcze dodatki, żeby klientka mogła sobie wszystko razem wyobrazić. A na koniec trzeba sukienkę z powrotem rozsznurować, ściągnąć i znów włożyć na manekina. A jak to wygląda technicznie? Manekiny wyglądają mi na rozmiar 38, wyobrażam sobie, że jak przychodzi drobniejsza dziewczyna, to można sukienkę jakoś poupinać, ale co się robi w przypadku klientek o większym rozmiarze? Wszystko zależy od tego, o ile większy to rozmiar. Robimy sukienki tak, że dziewczyny do rozmiaru 44 są w nie w stanie wejść – są sznurowania, guziczki, długie zamki, specjalnie po to, żeby dało się je przymierzyć. Mamy też kilka modeli w większych rozmiarach. A jeśli klientce w rozmiarze 50 podoba się sukienka w rozmiarze 38, to moim zadaniem jest zrobić wszystko, żeby mogła sobie w niej siebie wyobrazić. Przykładam wtedy sukienkę, zapinam czymś z tyłu, tak żeby wyglądało to jak najbardziej realistycznie. Trzeba sobie wtedy trochę dowyobrażać, ale trudno byłoby nam mieć sukienki w każdym rozmiarze, modele z manekinów najczęściej idą na straty. No właśnie, myśląc o pannie młodej, najczęściej mamy przed oczami dwudziestopięcioletnią dziewczynę w rozmiarze 36, a przecież klientki muszą być różne! No jasne, są przecież drugie małżeństwa, czasem panie decydują się na ślub dopiero w starszym wieku – najstarszą klientkę mieliśmy chyba w okolicach sześćdziesiątki. Czasem klientki przychodzą już z dziećmi. Zwykle decydują się wtedy na prostsze sukienki, chociaż są wyjątki. Miałyśmy panią młodą, która brała drugi ślub i zażyczyła sobie princeskę wyszywaną kamieniami, z wielkim białym dołem. Oczywiście o nic nie pytałyśmy, ale sama chyba uznała, że musi się wytłumaczyć i powiedziała nam: “wiedzą panie, ja na pierwszy ślub miałam taką prostą sukienkę, to były lata osiemdziesiąte i nie było żadnych materiałów, niczego… no to teraz bym chciała zaszaleć!”. Super! Mam wrażenie, że powoli znika też piętno ciążące nad ślubami cywilnymi, do których to tylko w garsonce albo w prostej sukience. Tak, nie ma już teraz różnicy. Chociaż jest dużo ślubów cywilnych w ogrodach i dziewczyny wybierają lekkie, zwiewne sukienki. Od początku marzyłam, żeby pozbyć się gorsetów i w końcu moje marzenie się spełniło! Czyli faktycznie są już passe? W większości przypadków tak, przynajmniej te typowe, sznurowane, sztywne. Dziewczyny chcą się czuć wygodnie. Chociaż wiadomo, że zdarzają się też klientki, które mówią “pocierpię trochę, ale będę miała talię jak Marilyn Monroe”. Więc można czasem dołożyć gorset tam, gdzie go nie ma, ale będzie wtedy mniej komfortowo. U nas bardzo dużo modeli powstaje właśnie w ten sposób. Klientki mówią: “ja to bym tutaj zmieniła”, albo “może tutaj coś takiego”. Nie trzeba się inspirować nie wiadomo czym, wystarczy ich słuchać. Ile czasu poświęca się przeciętnie jednej klientce? Średnio około godziny. Są panie, które od razu mówią “to ta sukienka, jestem zdecydowana, proszę mi tu czasu nie zabierać”. Ale są i takie, które spędzają u nas 2-3 godziny i tyle czasu trzeba im poświęcić. Dlatego staramy się, żeby każda pani miała chwilę odpoczynku po kolejnej klientce. Bo zwykle ma się w głowie daną dziewczynę z jej wymiarami, oczekiwaniami, pytaniami i trudno jest po minucie przeskoczyć do kolejnej. Dlatego najlepiej jest zrobić sobie małą przerwę, przejść się po pracowni, i dopiero wrócić do kolejnej klientki. W ciągu jednego dnia pracy spotyka się nawet 5-6 kobiet. Jedna jest spokojna i cicha, druga wybuchowa, płacze, a trzecia ma gorszy dzień i niekoniecznie jest dla Ciebie miła. I z każdą z nich trzeba sobie poradzić. Wybieraniu sukni ślubnej na pewno towarzyszą ogromne emocje. Jak sobie z tym radzicie? Nie mam z tym jakiegoś strasznego problemu, chociaż wiadomo, te emocje są przeróżne i często poruszają. Czasem widać bardzo mocną relację mama-córka, innym razem widać, że dziewczyna ma wątpliwości, czy ona w ogóle chce iść do tego ślubu. Rozmyślił się Wam kiedyś ktoś w przymierzalni? W przymierzalni nie, ale zdarzyło mi się kilka razy widzieć, że dziewczyna się potwornie wahała i dopiero kiedy włożyła na siebie tę sukienkę, to docierało do niej to “Boże, co ja robię!”. Może to i lepiej, że tę sukienkę trzeba tyle wcześniej wybrać, przynajmniej jest czas, żeby się dziewczyna jeszcze opamiętała. A wracając do emocji – ja zawsze staram się wzbudzić zaufanie. Tak, żeby klientka wiedziała, że jest w dobrych rękach, że nam się nie spieszy ani że nie chcę jej niczego wcisnąć. Nie miałoby sensu, żeby poszła do ślubu w czymś, co jej się nie będzie podobać, bo jak jej się nie będzie podobać, to dla mnie to też później żadna reklama. Jak się rozpłacze, to podbiegam z tą chusteczką, jak w tych wszystkich programach telewizyjnych. Podchodzę, pomagam się wyciszyć, czasem dziewczyna musi wyjść na chwilę, bo cała jest poryczana. Dopiero wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, jaki to jest ważny moment. Może się wydawać, że to w końcu tylko kupowanie sukienki – wiele dziewczyn o tym marzy, ale ostatecznie to nic takiego. A są osoby, dla których to prawdziwy rytuał przejścia, najważniejsza na ten moment sprawa w życiu. Cały czas przecież zdarzają się dziewczyny, które dopiero po ślubie wyprowadzają się od rodziców, zaczynają mieszkać z partnerem. Bardzo często słyszę od klientek, że po założeniu sukienki “w końcu poczuły się takie dorosłe”. Wyobrażam sobie, że wiele dziewczyn ma wizję idealnego ślubu, bez jednego odstającego włoska, wszystko musi być perfekcyjnie. Tak, i to często wiąże się z wieloma negatywnymi emocjami. Dziewczyny wyobrażają sobie, że wejdą do salonu i my sprawimy, że nagle zaczną wyglądać jak z żurnala. A przecież niekoniecznie mają wygląd modelki z Berty, obrobionej na piątą stronę. To chyba jest najgorsze w pracy stylistki – poczucie, że klientka Cię w ogóle nie słucha i traktuje z góry. Ale zawsze sobie wtedy myślę, że kurczę, może mnie by też tak odbiło, i staram się to za wszelką cenę zrozumieć. I niektóre dziewczyny po początkowym dystansie się wtedy otwierają, więc może jest to jakaś recepta? Są jakieś klientki albo sukienki, które zapamiętałaś szczególnie? No pewnie! Pamiętam klientkę, która nie była umówiona, po prostu wpadła po drodze. Miała już wybraną inną sukienkę. Była drobną blondynką, taka dziewczyneczka. Przyjechała z siostrą. Weszła do salonu i najbardziej spodobała jej się dopasowana sukienka z gipiury. Nazywała się chyba “Matra” – bo u nas wszystkie sukienki mają nazwy. Pamiętam, że nie obsługiwałam jeszcze wtedy klientek, tylko byłam obserwatorem, pomocnikiem Św. Mikołaja. I kiedy założyła tę sukienkę, wszyscy stanęli, cały salon, łącznie ze mną – a każdy coś robił, coś gdzieś przenosił. Nie mogliśmy oderwać od niej wzroku, a ona się tak pięknie popłakała. Wiem jak to brzmi, ale jak przytuliła się do siostry ze “szkoda, że mama teraz tego nie widzi”, to naprawdę był to poruszający moment. Widać było, że poczuła się nagle kobietą, właśnie w tamtej chwili. A dla mnie to był jeden z pierwszych momentów, w którym poczułam że ta praca absolutnie nie jest nudna. I wzięła tę sukienkę? Wzięła. Mnóstwo mam takich historii, była na przykład klientka, która brała u nas już drugi ślub. To była tak smutna historia, że nie mogła nie zapaść mi w pamięć. Jak z filmu. Dziewczyna była mniej więcej w naszym wieku i została wdową, a swojego drugiego męża poznała na cmentarzu – stał przy grobie swojej pierwszej żony. Chyba zażyczyła sobie, żeby sukienka miała liliowy paseczek. Wyszło piękne, ale to te historie, które stoją za sukienkami, pokazują na czym naprawdę polega ta praca. I sporo jest takich osób, które opowiadają w salonie swoje historie? Czy raczej wchodzą, kupują, wychodzą? Różnie, ale mam wrażenie że u nas sporo dziewczyn się otwiera, to jednak nie jest szybka wizyta w sieciówce. Spędzasz z klientką przynajmniej godzinę, cały czas jesteś blisko niej. Dobierasz, ściągasz, pomagasz, szybko się wytwarza intymna atmosfera i od razu człowiek ma skłonność do zwierzeń. Najczęściej to jakieś historie związkowe, czasem pytania typu “poznaliśmy się dwa miesiące temu, czy Pani uważa, że to za wcześnie na ślub”? A co jest dla Ciebie w tym zawodzie najtrudniejsze? Okres ścisłego sezonu ślubnego, bo działa się wtedy pod dużą presją czasu. Bardzo dużo sukienek, bardzo dużo odbiorów, bardzo dużo panien młodych. Musisz każdej klientce poświęcić uwagę, a dziennie masz ich po dwanaście czy piętnaście. Wszystkie za moment mają ślub i sukienka musi być gotowa, choćby dziewczyna zgrubła czy schudła. Często w ostatniej chwili, już przy odbiorze, okazuje się, że klientka zrzuciła pięć kilo. I choćby się zarzekała, że nie, to widać to po sukience. Trzeba wtedy prosić panie w pracowni o szybkie zwężenie, szczególnie jak ktoś przyjechał z daleka. I robi się kolejka klientek, które przecież też czekają! Jak ktoś ma dwa tygodnie do ślubu, to może się przecież zdarzyć że puszczą mu nerwy i na Ciebie nakrzyczy. I nie możesz sobie wtedy pozwolić, żeby się rozpłakać czy niemiło odpowiedzieć. Trzeba poukładać sobie w głowie, że dla klientki to ogromne emocje i niekoniecznie jest tak, że Cię nienawidzi. Uspokoić i ją, i siebie. Czasem trzeba się też nanosić, to fizycznie bardzo męczące. I nie zawsze jest możliwość, żeby poprosić kogoś, żeby Cię na chwilkę zmienił, bo masz gorszy dzień. To też jest bardzo ważne – w salonie pracujesz nie tylko z klientkami, ale też z całą załogą. Musisz się dogadywać z paniami krawcowymi (to anielskie dusze!) i z innymi dziewczynami, które z Tobą pracują. My mamy ten komfort, że możemy sobie dobierać osoby do współpracy, bardzo nam zależy, żeby atmosfera była miła. Ale założę się, że są salony, gdzie ta atmosfera niekoniecznie taka jest, jest prowizja od sprzedaży, dziewczyny między sobą rywalizują, więc nie zawsze można liczyć na przyjaźnie w pracy. Jak praca stylistki wygląda od strony formalnej? Można liczyć na etat? Myślę że jak najbardziej, przynajmniej tutaj, na południu Polski. To ciągle bardzo poszukiwana profesja, tak samo jak panie krawcowe. Jest więcej szukających salonów, niż chętnych osób. To nadal pewna nisza – do niedawna były tylko ekspedientki, które po prostu podawały sukienki, teraz klientki oczekują od takiej osoby dużo więcej. Co mogę jako klientka zrobić, żeby ułatwić pracę salonowi ślubnemu i usprawnić cały proces? Tak żebym nie rozpłakała się w przymierzalni w tym złym sensie? Fajnie, żeby dziewczyna się zastanowiła, czego szuka. Czy woli jak coś błyszczy, czy ma być gładko? Zazwyczaj pytamy, co nosi na co dzień i co by chciała mieć w tej sukni, więc dobrze jest umieć na te pytania odpowiedzieć. Poza tym warto jest być pozytywnie nastawionym. Zawsze mówię, że jak ktoś czuje, że ma gorszy dzień, to najlepiej zadzwonić i przełożyć wizytę. I nawet nie chodzi o to, że dla nas to będzie ciężkie, ale dla klientki byłaby to męczarnia. Na pewno tej sukni nie wybierze, a jak wybierze, to wybierze źle. Dobrze jest też mieć porządnie dobraną bieliznę, najlepiej w kolorze cielistym albo śmietankowym. I w miarę naturalny makijaż, żeby widzieć się w swojej karnacji i kolorach, żeby nie było później szoku, że w dniu ślubu sukienka wygląda inaczej, niż wyglądała z czerwoną szminką. Jak ktoś ma długie włosy, to warto zabrać ze sobą frotkę, żeby móc je spiąć i odsłonić plecy. W przymierzalni jest podest, więc buty na obcasie nie są konieczne, ale warto je mieć, jeśli mierzy się krótką sukienkę – nogi zupełnie inaczej wtedy wyglądają. No chyba, że ktoś planuje założyć baleriny. A jak ktoś już ma buty, to ja uważam, że lepiej je zabrać i przejść się kawałek. Bo jak tylko stoisz, to nie wiesz do końca, jak sukienka będzie się układać w ruchu, w tańcu, czy będzie Ci wygodnie. Dlatego zawsze proszę też klientki, żeby podniosły ręce do góry, usiadły, uklękły. Słynny jest “test makareny” – jak potrafisz zatańczyć w sukience makarenę, to już jest dobrze. Trzeba też uważać, z kim się przychodzi. Często dziewczyny biorą kogoś, bo wypada i potem się przy tej ciotce, kuzynce, teściowej nie czują swobodnie. Jeśli to nie są najbliższe osoby, czasem po prostu źle doradzają, a czasem niekoniecznie chcą dla tej dziewczyny najlepiej. I na końcu ona sama już nie wie, czy wybrała tę sukienkę dla siebie, czy żeby kogoś zadowolić, bo na przykład babcia życzyła sobie długi rękaw, a nie odkryte ramiona. To jaka jest optymalna liczba doradców? Trudno powiedzieć, pięć dobrych osób może być lepszych niż jedna zawistna pseudo-przyjaciółka. Ale zazwyczaj fajnie się pracuje jak są dwie, trzy osoby. I to właśnie najczęściej wtedy, kiedy dziewczyna jest z kimś, przy kim czuje się swobodnie – z mamą, z siostrą. Warto zabrać kogoś, kto Cię zna, z kim możesz się powygłupiać, kto wie że tu Ci coś wisi, tu masz za dużo, tam za mało, i nie będziesz skrępowana. Czasem zdarzają się też takie dziewczyny, i ja bym się pewnie do nich zaliczała, które wolą przyjść same. I to często dobre rozwiązanie – przecież sama najlepiej wiesz, jaką chcesz suknię. Są też klientki, które przychodzą ze swoimi facetami, bo to ich najlepszy przyjaciel i przecież musi w tej chwili przy nich być. Niektórych to wciąż szokuje, ale dla mnie to świetne rozwiązanie, kiedy widzę, że para się dobrze dogaduje, to ich wspólny wybór i dziewczyna jest spokojna, że sukienka na pewno się partnerowi spodoba. A do tego jeszcze fajnie spędzą czas. A dlaczego w salonach nie można robić zdjęć? Przecież jakbym chciała odgapić i uszyć sobie dany model, to dużo bardziej szczegółowe zdjęcia mam na stronie? Nie o to chodzi. Zwykle nie pozwalamy robić zdjęć, chyba że to już ostatnie przymiarki, bo działa tzw. “czarny PR”. Dziewczyny robią zdjęcia w przymierzalni, zwykłym aparatem. I znajdowałyśmy później na forach nasze piękne sukienki, zupełnie niedopasowane, wyglądające po prostu koszmarnie. Jeśli ktoś chce sobie dokładnie przypomnieć sukienkę, to są właśnie zdjęcia na stronie. Wiem, że to trudne, bo inaczej wygląda na Tobie, a inaczej na modelce, ale musimy z tego jakoś wybrnąć. Wróćmy jeszcze do rad dla klientek. Sukienkę wybiera się dużo wcześniej, co zrobić, żeby po wyborze się nią nie znudzić, albo nie zakochać w pięciu innych? Trzeba po prostu dobrze wybrać. Najlepiej, jeśli wybierzesz sukienkę, w której po prostu czujesz, że to jest to. Rzadko się wtedy zdarza, żeby dziewczyna trafiła potem na coś fajniejszego. Ale jeśli będzie to wybór w pośpiechu, albo posłuchasz jakiejś cioci Frani, to będziesz potem miała wątpliwości. Jeśli jeszcze w trakcie przymiarek zobaczysz coś, co Ci się podoba, to po prostu o tym powiedz. Często da się jeszcze coś zrobić, na przykład przemycić zdobienie, które spodobało się na innej sukience. Czasem wystarczy zmierzyć sukienkę, która teoretycznie podoba Ci się bardziej. Bardzo często po przymierzeniu okazuje się, że tak Ci się tylko wydawało – dlatego dobrze to sprawdzić i się uspokoić. Ale jeśli się zakochasz, to trzeba zrobić tak, żebyś miała tę wymarzoną, bo później będziesz żałować. Jak sobie radzisz z oddzielaniem czasu pracy od czasu odpoczynku? To chyba wyjątkowo trudne w przypadku rodzinnej firmy? Trzeba się bardzo pilnować, żeby salon i suknie nie były jedynym tematem, żeby nie oduczyć się tego zwykłego, rodzinnego “co tam u Ciebie słychać?”. Dobrze jest wyjść, napić się kawy, porozmawiać o książce, o zakupach o głupim programie w telewizji. Warto też doceniać, kiedy ktoś robi coś poza tą pracą, ma jakąś pasję. I ogród, dobrze że jest ogród! Można na chwilę wyjść, odpocząć od tego wszystkiego. No i jemy wspólnie obiady, które robi mój tata – dopiero teraz zaczynam doceniać, jaka to rzadkość! A masz jakieś rytuały, które szczególnie Cię relaksują? U mnie to zwykle najprostsze rzeczy – lubię na przykład pójść do księgarni i… wąchać książki. Wyjść na świeże powietrze, pójść na spacer. Robię sobie też wieczorne mini-spa – przygotowuję kąpiel, zapalam świeczkę, potem wchodzę pod kocyk. Może to płytkie, ale lubię też sobie kupić kolorową gazetę, poczuć jej zapach, pooglądać obrazki. Mój mąż mnie pyta co ja w tym widzę, tam przecież nie ma żadnej treści, a ja po prostu lubię nacieszyć oczy. Może to nie jest wybitnie ambitny sposób relaksu, ale są osoby, które zupełnie nie potrafią wypoczywać, więc sukces jest już wtedy, jak umiesz się wyłączyć i nie czujesz się winna. Miałam tak przez jakiś czas, bardzo trudno jest się odciąć, kiedy masz dzień wolny i wiesz, że w firmie jest sajgon, dzieje się mnóstwo rzeczy na raz. Ale trzeba nad tym popracować – inaczej to wszystko przestaje cieszyć. I jak dwa Was brzmi praca w salonie sukien ślubnych? Ja Basi zazdroszczę okrutnie i dopisuję stylistkę ślubną do listy zawodów, które mogłabym wykonywać, gdybym nie robiła tego, co robię. Jeśli ciekawi Was tematyka ślubna, zerknijcie na bloga Basi, niedawno wydała też książkę o tym, jak dobrze wybrać suknię. Niestety w salonie jej w najbliższym czasie nie spotkacie, bo niedługo zostanie mamą. Jeśli macie propozycję kolejnych zawodów, dajcie mi znać w komentarzu. A ja ogromnie dziękuję marce Vichy za wsparcie dla tego cyklu – to jedne z moich ulubionych postów na blogu!
salon sukien ślubnych tłumaczenia salon sukien ślubnych Dodaj bridal salon noun Macie spotkać się w salonie sukni ślubnych o 13:00. She says she'll meet you at the bridal salon at 1:00. Nie ja jedna kochałam mój salon sukien ślubnych, Josh również go uwielbiał. I was not the only person to love my shop; Josh did too. Literature Czy lubiła prowadzić salon sukien ślubnych? Did she like running a wedding shop? Literature Najwyraźniej w salonie sukien ślubnych podanie ceny jest niewiarygodnie skomplikowane. Apparently, at bridal stores, providing a price is incredibly complicated. Literature Macie spotkać się w salonie sukni ślubnych o 13:00. She says she'll meet you at the bridal salon at 1:00. To nie ja wpadłam na pomysł przyjazdu do salonu sukien ślubnych w Bostonie. It was not my idea to come to the bridal salon in Boston. Literature Kiedy tylko skończyłam się ubierać, pojechałam do salonu sukien ślubnych spotkać się z Adalynn As soon as I was finished getting dressed, I drove to the bridal shop to meet Adalynn. Literature – Jeśli chcesz, skoczymy do salonu sukni ślubnych i kupimy ci prawdziwą – zaproponował “If you want, we could go to a real wedding shop and buy you a better dress,” Eric said. Literature Wiem tylko tyle, że obiecałyśmy sobie, że otworzymy salon sukien ślubnych. All I know is we promised each other we were going to open the shop. Literature Albo że otwierając salon sukien ślubnych, pozna lepiej swoją rodzinę, uleczy rany i pozna smak prawdziwej miłości. Or that reopening the wedding shop was about family and healing, and real love would conquer her heart. Literature Wiwat Salon Sukien Ślubnych! Bridal Barn, we salute you. Walczyć o tradycję, historię, istnienie tego wyjątkowego salonu sukien ślubnych z 1890 roku? For the town, for their history, for the uniqueness of having a wedding shop founded in 1890? Literature Dostałem też telefon z salonu sukien ślubnych, że martwią się o twoje buty. I got a call from the bridal salon that they were worried about your shoes. Literature Zapłacili nawet Cole’owi za wykonanie na zamówienie starodawnego szyldu: Salon sukien ślubnych. Even paid Cole for a custom, vintage sign: The Wedding Shop. Literature Skoro nie wrócił do domu po wyjściu z salonu sukien ślubnych, gdzie się podział? If he hadn't gone back home after leaving the bridal shop, where had he gone? Literature Dziesięć minut później nerwowo krążyłam wokół salonu sukien ślubnych Bebe's, szukając miejsca do zaparkowania. Ten minutes later I was frantically circling Bebe's Bridal Salon, looking for a place to park. Literature Chce ona ponownie otworzyć salon sukien ślubnych. She wants to reestablish the wedding shop. Literature Muszę rozmawiać z kobietą z salonu sukien ślubnych dwa razy dziennie. I had to talk to the bridal salon lady twice today.” Literature Odwiozłam Lulę do biura i zadzwoniłam do Mary DeLorenzo w salonie sukien ślubnych i zapewniłam ją, że mam buty. I called Mary DeLorenzo at the bridal salon and told her I had shoes. Literature Oh, żeby uniknąć kolejnych niespodzianek, Justin, pamiętasz, że się żenisz? A ja jestem umówiona z twoją narzeczoną w salonie sukien ślubnych. Oh, in case it comes as a surprise to you, Justin, you are getting married, and I'm about to meet your fiancée at the dress shop. Światło zmieniło się na zielone, więc ruszyła wzdłuż First Avenue w kierunku starego salonu z sukniami ślubnymi. The light flashed green and she started off, down First Avenue toward the old wedding shop. Literature Byłam w pobliżu, bo w Willow jest salon z sukniami ślubnymi. I was in the neighborhood because there's that wedding dress place. Dwudziestosześcioletnia Morgan była w salonie ślubnym, by dokonać ostatnich poprawek w sukni ślubnej. Morgan, twenty-six, had been in a bridal boutique, getting some final adjustments to her wedding dress. Literature Odparłam: „Annie, byłabym dumna, ale nie chciałabyś wybrać sukni w salonie ślubnym? I said, ‘Annie, I’d be honored, but don’t you want your day at the wedding shop? Literature Część, do której weszliśmy, była wypełniona sukniami ślubnymi, za nimi widziałem teren salonu. The part we walked into was filled with wedding dresses, and beyond it, I could see a salon area. Literature Najpopularniejsze zapytania: 1K, ~2K, ~3K, ~4K, ~5K, ~5-10K, ~10-20K, ~20-50K, ~50-100K, ~100k-200K, ~200-500K, ~1M
Było hucznie i uroczyście, bo i okazja niezwykła - nie co dzień otwiera się przecież największy salon ślubny w Warszawie. Nie zabrakło więc szampana i możliwości podyskutowania z przedstawicielami branży o najnowszych trendach w modzie ślubnej. A przysłowiową wisienką na torcie było ogłoszenie konkursu, w którym wygrać można dwuosobową wycieczkę do Turcji. 4. grudnia warszawski adres ul. Marszałkowska 64 od samego rana gromadził zainteresowanych tematyka ślubną. Tego bowiem dnia nastąpiło otwarcie nowego salonu sukien ślubnych i wieczorowych La Mariee. W wydarzeniu udział wzięli przedstawiciele mediów, właściciele innych salonów współpracujących z Mon Cheri i oczywiście klienci. Zajmujący prawie 250 m2 warszawski salon La Mariee oferuje swoim klientkom szeroki wachlarz kolekcji sukni marek takich, jak Mon Cheri, Sophia Tolly, Tony Bowls, Tony Bowls Bridal czy Moonlight. Jest to już czwarty salon w Polsce - kreacje te dostępne są w Białymstoku, Ełku i od niedawna także w Łodzi. Przedstawiciele Mon Cheri od lat troszczą się o to, by panny młode stające na ślubnym kobiercu wyglądały olśniewająco. A teraz, z okazji otwarcia największego salonu stolicy postanowili zadbać także o podróż poślubną przyszłych nowożeńców, fundując tygodniowy pobyt dla dwóch osób w komfortowym, 5-cio gwiazdkowym hotelu z opcją all inclusive w Turcji. - Mamy świadomość, że organizacja ślubu i wesela wiąże się z dużymi kosztami, dlatego też pary młode często zmuszone są do rezygnacji z podróży poślubnej. A przecież nie jest to zwykła wycieczka, tylko czas, który wspomina się do końca życia. Postanowiliśmy więc jednej parze pomóc spełnić marzenie o wyjeździe – mówi Patrycja Sobolewska, manager salonów La Mariee. Każdy, kto od 4. grudnia do końca kwietnia zdecyduje się na zakup lub wypożyczenie sukni ślubnej w salonie La Mariee w Warszawie lub Białymstoku dostanie kupon konkursowy. By mieć szansę na wygraną, wystarczy wypełnić otrzymany kupon układając hasło promujące La Mariee. Autorka najlepszego hasła zostanie nagrodzona wycieczką. Szczegółowe informacje odnośnie pobytu i regulamin konkursu zostaną podane niebawem.
Przed Wami pierwsza wizyta w salonie sukien ślubnych? Wybór sukni ślubnej to duże wyzwanie dla każdej Panny Młodej. Modeli dostępnych na rynku ślubnym jest mnóstwo, salonów wiele, a i przedział cenowy bardzo zróżnicowany. Zastanwiacie się, o co pytać w salonie sukien ślubnych, czy trzeba umawiać się na wizytę, czy można robić zdjęcia i ile czeka się na suknię ślubną? Dzisiaj przychodzę do Was z opowieścią jak wyglądała moja pierwsza wizyta w salonie sukien ślubnych. Chcecie wiedzieć na co zwrócić uwagę? Jak przygotować się do wizyty? A może macie różne obawy? Chciałabym, żebyście czytając moją relację wiedziały czego się spodziewać i żebyście wybrały się na poszukiwania z uśmiechem. 🙂 Jaką suknię ślubną wybrać? Kiedy rozpoczynamy przygotowania do ślubu, spraw do załatwienia jest naprawdę dużo. Wśród nich przychodzi też czas na wybór sukni ślubnej. I tutaj mamy różne opcje do wyboru. Możemy zdecydować się na suknię używaną, które są wystawiane przez byłe panny młode na wielu stronach, takich jak a czasem nawet są oferowane przez wybrane salony (odkupują je one i sprzedają). Inną opcją jest uszycie sukni od postaw u krawcowej. Powiem Wam, że na początku nawet chciałam zdecydować się właśnie na taką opcję, bo bałam się, że nie będę mogła znaleźć sukni dla siebie, w której dobrze wyglądam. Ostatecznie nie chciałam jednak ,,kupować kota w worku” (a zaufanej krawcowej nie miałam) i wybrałam się do klasycznego salonu ślubnego, który jest właśnie trzecią opcją, kiedy zaczynamy zastanawiać się, gdzie kupić suknię ślubną. Suknia ślubna z salonu Większość osób decyduje się na zakup sukni w salonie. Wtedy pojawia się pytanie: do jakiego salonu wybrać się najpierw? Wszystko zależy od tego, gdzie mieszkacie. Jeżeli jesteście z dużego miasta to najprawdopodobniej macie wiele salonów pod ręką i musicie zrobić rozeznacie, do którego chciałybyście pójść. W małych miejscowościach wybór salonów może być mniejszy, ale czasem co za dużo to niezdrowo 🙂 Moja historia… Jak już pewnie wiecie (albo i nie ;p) mieszkam, pracuję i studiuję w Krakowie, więc wydawać by się mogło, że w kwestii salonów ślubnych mam spory wybór. I tak rzeczywiście jest. Jednak mnie wszystkie eleganckie i dość ekskluzywne (jak dla mnie) krakowskie salony troszkę odstraszały. A to dlatego, że bałam się, jak tam będzie, stresowałam obsługą i podejściem. Szczególnie, że miała to być moja pierwsza wizyta w tego typu miejscu. Długo zastanawiałam się, gdzie pójść najpierw. Targi ślubne w Zawierciu i salon w Szczekocinach Wszystko rozwiązało się, kiedy poszliśmy na targi ślubne w Zawierciu (w miejscowości, z której pochodzi mój narzeczony). To właśnie tam miał swoje stanowisko salon ślubny ze Szczekocin, do którego po obejrzeniu sukni bardzo chciałam się wybrać (i tak też później zrobiłam). Pewnie zastanawiacie się: jak to? Miałam tyle salonów pod ręką w Krakowie, a wybrała właśnie taki? Tak! Wszystko dlatego, że suknie, które tam zobaczyłam naprawdę mi się podobały, była duża dostępność rozmiarów i bardzo przystępne ceny. W Krakowie obawiałam się, że będzie trzeba mieć naprawdę duży budżet, a od początku wiedziałam, że nie chcę na suknie wydawać milionów. 🙂 Czy mi się udało? ;p To już temat na oddzielny wpis. ;p Czas na pierwsze oglądanie Wizytę w Szczekocinach umówiłam kilka tygodni po targach. Po namyśle wybrałam datę jeszcze przed świętami – 18 grudnia. 🙂 Wiecie jak to jest po świętach kiedy człowiek za dużo zje. ;p Pamiętajcie, że na wizytę w salonie sukien ślubnych, szczególnie jeżeli chcemy coś zmierzyć musimy się umówić na dokładną datę i godzinę. 🙂 Wtedy mamy pewność, że Panie będą miały dla nas czas. Na spokojnie obejrzymy, przymierzymy i będziemy mogły posłuchać rad obsługi z salonu, która będzie dostępna tylko dla nas. 🙂 Na pierwsze mierzenie sukien zabrałam ze sobą moją świadkową – Kamilę oraz moją mamę. <3 Co śmieszne zawoził nas tam mój narzeczony. Nie było innej opcji, ale spokojnie nic nie podglądał ;p Podwiózł nas pod drzwi samego salonu i raz dwa odjechał, żebyśmy mogły swobodnie skupić się na oglądaniu. 😉 Poniżej na zdjęciu macie właśnie moje dziewczyny – jurorki z pierwszego mierzenia oraz moją siostrę. 🙂 Salon sukien ślubnych w Szczekocinach znajduje się w centrum tego malutkiego miasteczka w jednym z domów tak naprawdę. Jednak zaraz po wejściu do środka od razu miało się wrażenie, że ma się do czynienia z profesjonalistami. 🙂 Cały czas troszkę się stresowałam, nie wiedziałam jak to wszystko będzie. Dobrze, że dziewczyny super dbały o moje dobre samopoczucie. 😀 Przed nami ktoś zamawiał suknię, więc musiałyśmy poczekać dosłownie 5 minut i później pani od razu się nami zajęła. Zapytała czego szukamy i uważanie słuchała. Wiecie – warto mieć chociaż jakiś ogólny plan co do tego jak ta nasza suknia ma wyglądać. Na czym nam zależy, a czego na pewno nie chcemy. I ja też wiedziałam mniej więcej jakie modele chciałabym przymierzyć. Chętnie opisałabym Wam więcej szczegółów, ale do ślubu nie mogę się wygadać – rozumiecie narzeczony czyta. 😀 Idąc na przymiarki nie wiedziałam nawet jaki obecnie rozmiar będzie na mnie pasował. Ostatnio sporo schudłam, a do tego inaczej kupuje się sweter w sieciówce, a inaczej wyjątkową suknię. 🙂 I tutaj pani od razu powiedziała, żeby się tym zupełnie nie przejmować, ponieważ każdy model był tylko w jednym rozmiarze, co oznaczało, że na pewno część będzie za małych, a część za dużych. Jednak to też nie było problemem, bo Pani po prostu przypięła jakoś suknie szpilkami, żeby na tyle na ile to możliwe dopasować je do mojej sylwetki. 🙂 Ciężki wybór sukni ślubnej Wybrałam pierwszą suknię, która była najbardziej zbliżona do tego jak sobie wyobrażałam siebie w dniu ślubu. Była na mnie sporo za mała, więc miałyśmy z tym spory ubaw, kiedy z tył miałam ją zapiętą szpilkami do stanika i wyglądała dobrze do momentu aż.. się odwróciłam. ;p W przymierzalni pani pracująca w salonie wszystko dokładnie na mnie ubierała. Wyglądało to tak, że zdjęłam spodnie i sweterek, a Pani pomagała mi ubrać suknię (najczęściej robi się to przez głowę). Cały czas była bardzo miła. Nie powiedziała niczego niemiłego na temat mojego wyglądu, czego wcześniej bardzo się obawiałam. Wcześniej wspomniałam, że dobrze mieć w głowie plan jaką mniej więcej chcemy suknię. Oczywiście nadal to podtrzymuje, bo najważniejsze jest właśnie nasze samopoczucie. 🙂 Jednak nigdy nie zamykajcie się na propozycje Pań z salonów, bo to właśnie one zajmują się przyszłymi pannami młodymi na co dzień i naprawdę w większości przypadków znają się na rzeczy. Czasami też to, co proponują i na wieszaku wydaje się średnie, na nas wygląda rewelacyjnie. 😀 Ale było super! Ale wracając do mojego pierwszego mierzenia. Wiecie co w tym wszystkim było najpiękniejsze? Kiedy ubrałam pierwszy raz suknię ślubną i poczułam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Byłam absolutnie zauroczona. Przed przymierzalnią był mały podest, na który wchodziłam i czułam się jak modelka, mimo że do nich mi daleko ;p Łącznie zmierzyłam trzy suknie, a druga z nich była naprawdę świetna i do końca była przeze mnie brana pod uwagę. 😀 To właśnie do niej przymierzyłam też śliczny długi welon, który marzy mi się podczas ceremonii w kościele. 🙂 Jednak kiedy dodamy do sukni dodatki, takie jak welon, nabiera ona swojego charakteru. 🙂 Godzina, którą miałam zleciała bardzo szybko. Ani się nie obejrzałam a już było po. Stres w trakcie zniknął całkowicie, a pojawiła się tylko radość. 😀 Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z profesjonalnej obsługi, miłej atmosfery i ogólnie całego podejścia. Jeżeli któraś z Was jest z okolic Szczekocin to serdecznie polecam się umówić i pooglądać, co mają. 🙂 Dodatkowym atutem była możliwość robienia zdjęć, co wcale nie jest powszechne, a ułatwia później rozmyślanie nad tą jedyną suknią. 🙂 Zostawiam Wam tutaj Instagrama salonu ze Szczekocin . 🙂 Nie mają swojej typowej strony internetowej, więc więcej informacji znajdziecie na Facebooku i to tam umawiacie się na mierzenie. 🙂 Po wszystkim wróciliśmy do Krakowa, a sama dałam sobie czas do namysłu. Chciałam dokładnie się zastanowić, a przede wszystkim porównać z sukniami w krakowskich salonach. 🙂 I chociaż ostatecznie mój wybór nie padł na ten właśnie salon to pierwsze mierzenie sukien ślubnych w życiu uważam za bardzo udane. Chciałam Was zachęcić, żeby nie stresować się i podejść do tego z uśmiechem na twarzy. W końcu mamy być najpiękniejsze na świecie, no nie? A będziemy wtedy jak pokażemy szczęście! 🙂 Jak przygotować się do wizyty w salonie sukien ślubnych? Na pewno wiele z Was zastanawia się jak się przygotować do pierwszej wizyty w salonie sukien ślubnych. Co ze sobą zabrać, jak się ubrać lub o czym pamiętać. Jak przygotować się mentalnie już opisałam, opowiadając swoją historię, a teraz kilka rad jak podejść do tematu od strony technicznej. 😀 Rady przed pierwszą wizytą (Szczęśliwa ”trzynastka”): Wybierz taki salon, które najbardziej pasuje Ci klimatem, atmosferą lub polecają Ci go inni (nawet jeżeli nie jest w najbliższej okolicy). Zawsze umów się na konkretną godzinę, żeby pani tam pracująca miała dla Ciebie odpowiednią ilość czasu. Zabierz ze sobą zaufane osoby, które nie będą Ci się bały powiedzieć, że w czymś nie wyglądasz najlepiej, ale z którymi sama super się czujesz. 🙂 Przeszukaj wcześniej internet i zastanów się, w jakim stylu chciałabyś mieć swoją suknię. Pomyśl, co chciałabyś wyeksponować, a co zakryć. 🙂 Nie zamykaj się na propozycje pań z salonu. Najczęściej mają one duże doświadczenie i będą wiedziały, co do Ciebie pasuje. Oczywiście zawsze też miej swoje zdanie, kiedy coś Ci się nie podoba – mów śmiało. 🙂 Jeżeli salon dysponuje dodatkami w stylu: welony, buty, wianki to chętnie je mierz. Sama zobaczysz, że kiedy do sukni dodasz akcesoria – od razu inaczej się prezentuje. Pytaj czy można robić zdjęcia. W salonie, w którym ja byłam pani sama do tego zachęcała. Dzięki temu potem na spokojnie możesz się przyglądnąć, jak wyglądasz w danej sukni. Może zwrócisz uwagę na coś, czego nie zauważyłaś w salonie. 🙂 Pamiętaj o bieliźnie. Nie ubieraj różowych, czerwonych albo czarnych staników. Postaw na beż albo klasyczną biel, żeby nie odróżniał się za bardzo od sukni. 🙂 Ubierz się wygodnie, żebyś szybko mogła zdjąć i ponownie założyć ubranie. Jeżeli nie czujesz się zbyt komfortowo w samej bieliźnie, ubierz rajstopy (nawet takie grubsze), pod dołem sukni i tak ich nie widać. : Nie maluj się za mocno, żeby nie pobrudzić sukni. Możesz zabrać ze sobą także buty na obcasie, ale na pierwsze mierzenie nie jest to konieczne. 🙂 Po mierzeniu poproś o zapisaniu modelu sukni, który szczególnie wpadł Ci w oko oraz ceny, żebyś potem wiedziała po co wrócić lub żebyś mogła sobie jeszcze porównać wszystko w internecie. 🙂 Jest to szczególnie przydatne, kiedy nie mogłaś zrobić zdjęcia. Daj sobie czas (chyba, że masz go ekstremalnie mało). Jeżeli w pierwszym salonie nic nie wpadło Ci w oko, to nie przejmuj się i spokojnie porównaj z innymi. 🙂 Ciesz się! W końcu przygotowujesz się do pięknego dnia. W uśmiechnięta panna młoda to najpiękniejsza panna młoda. 😀 Mam nadzieję, że moja ”szczęśliwa trzynastka” przyda Wam się podczas przygotowań do pierwszych przymiarek sukien ślubnych. 🙂 Jeżeli po wizycie będą nasuwały Wam się jeszcze jakieś wnioski to koniecznie dawajcie znać, będziemy uzupełniać listę. 🙂 A na koniec pytanie: Jak wyglądała Wasza pierwsza wizyta w salonie sukien ślubnych? Coś Was zaskoczyło? Udało się wybrać suknię od razu? Jestem bardzo ciekawa. 🙂 Pozdrawiam! 🙂 PS. Jeżeli macie ochotę dowiedzieć się więcej o kwestiach ślubnych razem ze mną to zapraszam Was na mojego Instagrama. 😀 Często jestem z Wami na stories i pokazuję Wam różne rzeczy związane z targami ślubnymi, inspiracjami czy swoim własnym ślubem. 🙂 Justyna Krawiec Mam na imię Justyna i jestem konsultantką ślubną. Prowadząc swojego bloga, chciałabym pokazać Wam, jak można ułatwić sobie planowanie ślubu i wesela, a dodatkowo przekonać Was, że wedding planner może być przydatny dla każdego. :) Jestem też żoną, która swój własny ślub przeżywała 17 października 2020 roku, więc doskonale rozumiem, co czuje każda osoba planująca swój wielki dzień. :) Jeżeli jesteś w trakcie planowania ślubu lub po prostu ta tematyka to coś dla Ciebie to zapraszam na bloga! :)
W wielu miastach, nawet tych małych, można znaleźć sklepy, wypożyczalnie i szwalnie sukien ślubnych. Na zakupy przyszłe panny młode jeżdżą jednak zwykle do dużych miast. Bo i wybór tam większy, i jakość towaru często nieporównywalnie lepsza. Jeśli w twoim mieście nie ma takiego punktu lub uważasz, że istniejąca oferta nie jest konkurencyjna, możesz śmiało pomyśleć o wejściu w ten biznes. Sprawdzamy rynek Pomysł jest, ale żeby go zrealizować, koniecznie trzeba sprawdzić, czy ma szansę na powodzenie. W biznes wpisane jest ryzyko, ale nie można przecież działać zupełnie w ciemno. Bez względu na to, czy planujesz założenie salonu w 10-, czy 200-tysięcznym mieście, rozeznaj się na rynku. Najlepiej przejdź się do urzędu miasta lub gminy i sprawdź, ilu potencjalnych klientów (czyli młodych ludzi, którzy mogą chcieć wziąć ślub) mieszka w okolicy. Może się bowiem okazać, że młodych jest tak niewielu, że nawet brak konkurencji nie przyniesie zysku planowanemu biznesowi. Wybieramy lokal Przyjmuje się, że założenie salonu sukien ślubnych możliwe jest już w 60-80-metrowym lokalu. Taka powierzchnia z powodzeniem wystarczy do wyeksponowania sukni na manekinach, zorganizowania wygodnej przymierzalni, kącika wypoczynkowego z kanapą i fotelami, szafy z sukniami i zaplecza. Jeśli mamy jednak ograniczone finanse i nie stać nas na wynajęcie tak dużego lokalu, możemy się ograniczyć do 50 mkw. Trzeba jednak pamiętać, że możliwości prezentowania sukni będą wtedy bardzo ograniczone. Tymczasem wiadomo, że klienta do sklepu przyciąga towar na wystawie. Im atrakcyjniejszy, tym większa obietnica na udane zakupy po wejściu do środka. Wyposażamy wnętrze Optymalne rozwiązanie to wydzielenie we wnętrzu dwóch stref. Jedna, widoczna z ulicy przez szybę, powinna służyć do wyeksponowania towaru. Druga, wewnątrz sklepu, do przymierzania sukien. Dlatego trzeba będzie pomyśleć o zakupie manekinów, na których suknie zaprezentują się o niebo lepiej niż na zwykłych wieszakach. Ponieważ mierzenie stroju zajmuje często i kilka godzin, przyda się kanapa, fotele i stolik dla osób towarzyszących przyszłej pannie młodej w zakupach. Nie można zapomnieć o zrobieniu obszernej wnęki, która pomieści suknie niewystawione na manekinach, a także wielkiego, dobrze oświetlonego lustra. Konieczny też będzie parawan, za którym klientka będzie miała zagwarantowany komfort przymierzania dowolnej ilości garderoby. Przyszły przedsiębiorca musi też pamiętać o obowiązkowej kasie fiskalnej i komputerze z dostępem do Internetu. Ważna jest też atmosfera panująca wewnątrz. Z bielą najlepiej komponują się jasne barwy. Dlatego sprawdzą się lepiej niż agresywne kolory. Odpowiedni klimat stworzymy dobrze dobranym oświetleniem. Również podświetlenie samych sukien wiszących we wnęce od góry korzystnie wpłynie na ich wygląd. Zatrudniamy ludzi Liczba pracowników w salonie zależy od ruchu w nim panującego. Na początek sam właściciel może wcielić się w rolę sprzedawcy. Pod warunkiem jednak, że ma podejście do klienta, zna się na modzie ślubnej i nie ma kłopotów z doradzeniem niezdecydowanej klientce. Słowem - musi to być osoba, którą potencjalna klientka obdarzy zaufaniem. Jeśli więc właściciel nie ma drygu do mody, lepiej zatrudnić panią lub znającego się na rzeczy pana. O ile na ekspedientce można zaoszczędzić, o tyle krawcowa w salonie mody ślubnej jest niezastąpiona. Musi to być specjalistka, która bez kłopotów poradzi sobie ze zwężeniem gorsetu, przebije się przez masy koronek i ozdób. Do pomocy przyda się również kierowca z samochodem dostawczym, który będzie mógł wziąć na siebie transport zamówionego towaru. Asortyment Salon mody ślubnej można ograniczyć jedynie do sukien i niezbędnych dodatków ślubnych typu: welony, toczki, rękawiczki, mufki, sztuczna biżuteria, bielizna czy ozdoby do włosów. Ponieważ ślubny biznes należy do tych sezonowych, może się okazać, że asortyment salonu trzeba będzie powiększyć. W tym biznesie martwe sezony to późna jesień i zima - mało kto wtedy decyduje się na ślub. Obok sukien ślubnych w salonie doskonale sprawdzą się: - ubrania komunijne, - suknie wieczorowe i balowe, - suknie koktajlowe, idealne dla panny młodej na poprawiny czy na ślub dla świadkowej, - pośredniczenie w drukowaniu zaproszeń. A może wypożyczalnia W sklepie można równocześnie prowadzić wypożyczalnię sukien. Wypożyczanie jest w modzie, bo wiele panien marzy o prawdziwie bajkowej kreacji, na zakup której ich nie stać. Innym ciekawym uzupełnieniem oferty salonu będzie komis. Na pewno znajdzie się wiele młodych mężatek, które chętnie pozbędą się sukienki z garderoby. W tym wypadku jedyny koszt naszego biznesu to udostępnienie miejsca, w którym potencjalna klientka wystawia suknię. Reklama Warto pomyśleć o atrakcyjnej i dobrze wypozycjonowanej stronie internetowej. Młode pokolenie robienie zakupów zaczyna w sieci. Tam młodzi szukają informacji, gdzie w okolicy znajdą interesujący ich produkt. Warto zainwestować w ulotki czy plakaty reklamujące salon. Idealne miejsca, w których można dotrzeć do potencjalnej klienteli, to salony fryzjerskie, zakłady kosmetyczne czy kluby fitness. Reklama dźwignią handlu, więc nie ograniczajmy się do jednego miasta. Niech wiedza o nowym salonie dotrze do okolicznych miasteczek i wsi. Tam przecież też muszą mieszkać panny na wydaniu. Inwestujmy w niekonwencjonalne rozwiązania. Większość salonów mody ślubnej jest otwarta w godzinach pracy. Wyjdźmy klientom naprzeciw i wydłużmy działanie sklepu do późnych godzin wieczornych lub wprowadźmy elastyczny czas pracy, polegający np. na możliwości telefonicznego umawiania się na mierzenie w godzinach dogodnych dla klienta. Koszty Koszty inwestycji w małym sklepie na ok. 50 mkw.: - zakup 10 manekinów 700 zł - meble 1,5-2 tys. zł - komputer i kasa fiskalna ok. 4 tys. zł - remont lokalu ( malowanie ścian, oświetlenie) 5 tys. zł - Wynajem lokalu ok. 1200 zł - Zakup 24 sukien ślubnych ok. 20 tys. zł Razem: ok. 33 tys. zł Ile na tym zarobimy Osoby z branży zdradzają, że przeciętny zarobek od sprzedanej sukni to 50 proc. sumy, jaką zostawia w sklepie klientka. Biorąc pod uwagę to, że markowa suknia może kosztować nawet 10 tys. zł, gra warta jest świeczki. Możliwości klientek z dużych miast są nieporównywalnie większe niż w tych mniejszych. Nie zmienia to faktu, że przeciętna panna z małego miasta w biedniejszym rejonie kraju wydaje na kreację od 1,5 do 2 tys. zł. W większych miastach stawka ta oscyluje w granicach 2,5-4,5 tys. zł. W ostatnich miesiącach roku warto postawić na wyprzedaże. Coraz więcej klientek świadomie odkłada zakupy w oczekiwaniu na nie. Obniżki powinny zakładać przynajmniej 40-proc. rabat obejmujący modele wykonane w zgodzie z obowiązującymi trendami. Wysokimi obniżkami powinny być objęte modele z eksponatów. Modele klasyczne zawsze znajdą nabywcę, więc dużą obniżkę można sobie darować. W sieci Jeśli nie dysponujemy gotówką czy kredytem, z którego możemy rozkręcić biznes, warto pomyśleć o wejściu do sieci sklepów. Współpraca może się opierać na zasadach franczyzy lub sklepu partnerskiego. W zależności od formy współpracy, jaką nawiążemy, sieć pomoże nam przy remoncie lokalu, jego aranżacji i wyposażeniu w konieczne akcesoria, a także udzieli pomocy w otwarciu salonu i jego zarządzaniu. Zyskamy pomoc prawną w konstruowaniu niezbędnych umów, w ubieganiu się o dofinansowanie z funduszy pomocowych. Dodatkowym plusem będzie wyłączność na określoną markę w okolicy o promieniu wielu kilometrów, reklamę w mediach czy gwarancję atrakcyjnych cen zakupu, o marce, pod szyldem której będziemy mieli możliwość działać, nie wspominając. Trzeba jednak pamiętać, że sieć nałoży na nas także masę obowiązków. Zostaniemy zobowiązani jedynie do zadbania o odpowiedni lokal, którego wielkość zazwyczaj jest ściśle określona. Niektóre sieci nie dopuszczają odstępstw od schematu aranżowania salonu. Dużym ograniczeniem może się okazać długość umowy, która będzie nas zobowiązywała do prowadzenia sklepu, a i zarobek może się okazać niższy niż w przypadku samodzielnego prowadzenia biznesu. Taki rodzaj współpracy to jednak doskonała propozycja dla ludzi bez dużego wkładu własnego czy odwagi do wypłynięcia na głębokie wody small biznesu. Trzeba umieć doradzić klientkom Halina Rutkowska (64 l.), właścicielka salonu ślubnego Esperancja przy ul. Malmeda 3 w Białymstoku (woj. podlaskie): - Swój salon otworzyłam w 1987 roku za namową mojej młodszej siostry, Teresy (60 l.). Była to jedna z pierwszych firm tego typu w Białymstoku. Wcześniej pracowałam w gastronomii i nic nie wiedziałam o branży ślubnej, ale siostra, która już jakiś czas prowadziła podobną firmę, na początku we wszystkim mi pomagała. Pierwszy towar także jej zawdzięczam, ponieważ Teresa sama projektowała i szyła suknie ślubne. Z czasem zaczęłam zaopatrywać się w hurtowniach. Nauczyłam się przerabiać gotowe suknie, upiększać je, zdobić, haftować... Cały czas też rozszerzałam asortyment salonu o stroje wieczorowe, ubranka do chrztu czy Pierwszej Komunii. Po 25 latach pracy w tym zawodzie mogę pochwalić się sporym gronem klientek, które przed laty ubierałam do ślubu, a teraz one przyprowadzają do mnie swoje dorosłe już córki. W tej branży trzeba być trochę psychologiem, umieć doradzić pannie młodej, wykazać się względem niej życzliwością i dobrym gustem. Przecież kobieta suknię do ślubu kupuje tylko raz w życiu! Tę pracę po prostu trzeba kochać.
jak otworzyć salon sukien ślubnych